Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 czerwca 2016

Wrażenia po zerwaniu i rekonstruckji ACL (w Niemczech)

Dużo się w Internecie o tym naczytałam, a że to co przeczytałam nie do końca pokrywa się z moimi doświadczeniami, postanowiłam dorzucić swoje dwa grosze ;) Najpierw opiszę jak do tego doszło, jak wyglądała operacja, a potem mam nadzieję pisać co kilka dni jak wygląda powrót do zdrowia (mam nadzieję:P).

Jak się zrywa więzadło


Więzadło zerwałam na nartach, próbując po raz pierwszy w życiu zjechać kompletnie sama. Może był to czwarty raz w życiu na nartach, z wyrobionymi 4 godzinami nauki jazdy (błąd, za wcześnie). Stok był oznaczony jako niebieski (czyli dla początkujących), i było to w Austrii - jak się potem okazało stok był tak naprawdę czerwony w porównaniu do innych ośrodków, tylko w tym był niebieski, bo był najłatwiejszy, i nie chcieli stracić klientów przez nieposiadanie żadnego niebieskiego stoku (błąd numer dwa, powinnam posłuchać znajomych co tam byli). Warunki śniegowe były masakryczne, raz że była mgła która sprawiła że ogromnie się bałam że ktoś we mnie wjedzie zza pleców jeśli będę jechać za wolno, dwa było dużo mokrego śniegu który formował się w małe zaspy (błąd numer trzy, nieznajomość gór ogólnie, brak wyczucia). Na dodatek sprzęt który miałam na sobie, czy przy sobie, był jakości dość marnej.. pożyczony po znajomości - kolejny błąd, "po znajomości" nie ma odpowiedzialności.. Do tego jeszcze dodam że byłam w okropnym nastroju, nie spałam zbyt dobrze, i ostatnich kilka dni wypełnionych było ogromnym stresem. Chciałam po prostu pójść na narty sama i dać radę, i mieć przynajmniej satysfakcję z tego.. taka odskocznia..

Odskocznia trwała może 2 minuty, przy trzecim skręcie najechałam na mini zaspę, lewa noga skręciła w prawo a prawa pojechała prosto. Dla jasności, kierunki były przeciwstawne do nóg.. wobec niemożliwości utrzymania takich kierunków jazdy poleciałam do przodu ze skrzyżowanymi nartami. Narty się nie wypięły (ustawiane też po znajomości). Dokładnie sytuacja której zawsze się bałam i przez którą ciężko mi się było przemóc żeby zacząć z nartami. Czego bym się spodziewała w takiej sytuacji to złamana noga gdzieś w okolicy piszczela, ale nie, kolano, kostka i biodro są ruchome, więc nogi ułożyły się na płasko, w dość dziwnym zgięciu jedynie.. na moment mnie zaćmiło.. i poczułam "pyk" w lewym kolanie. I od tej pory już gdzieś miałam ból, tylko myślałam "oby nie złamanie i oby nie więzadło". Wcześniej złamałam nadgarstek i wiedziałam jakie to uczucie gdy coś w ciele się łamie czy rozrywa, i to było to samo uczucie (samo pyknięcie nie boli wcale). Rozryczałam się, ale nie z bólu, tylko na myśl że całe plany wakacyjne szlag trafił, łącznie z weselem siostry być może, i ogólnie jak mogłam być takim debilem żeby próbować skręcać równolegle z większą prędkością jako pierwsza rzecz po wyjeździe na stok z moim poziomem doświadczenia.

Ból wcale nie był niesamowity i "najgorszy jakiego w życiu doświadczyłam" jak niektórzy piszą. Coś porównywalnego do przyp**przenia się małym palcem w brzeg łóżka, no może trochę gorzej - no boli jak cholera przez parę sekund, ale potem jest ok.

Diagnoza


Wcale nie tak łatwo się dowiedzieć że się ma zerwane więzadło. Dodam że mieszkam w Niemczech, a narty działy się w Austrii. Ludzie którzy się przy mnie zatrzymali zamachali na pogotowie górskie które akurat przejeżdżało obok, ale tamci na to spytali czy dam radę zjechać sama. Mówię że nie ma szans, w życiu. Oni na to żebym spróbowała chociaż. Żebym sprobowała stanąć na nogę to będzie wiadomo czy jest złamana. Stanęłam jakoś. O stoi, spoko, da radę! Nie nie, nie dam. No dobra, kazali mi usiąść, podciągnęli spodnie, pomacali nogę powyginali, mówią że spoko, nic nie jest złamane, żebym spróbowała zjechać bo oni nie mają w tym momencie ludzi żeby mi pomóc. No w sumie mogę spróbować. I jakoś tak zjechałam jeden odcinek. No i potem drugi trzeci, i mnie zostawili. Może po 40 minutach ślamazarnie wolnej jazdy połączonej z czołganiem dobiłam do końca. Chodzenie było ok, chociaż bolało. Schody były okropne. Dobiłam do hotelu, gdzie koleżanka ze śmiechem skomentowała że zdolna jestem ale mi minie, że widziała dużo takich upadków i żebym nie histeryzowała, że skoro mogę chodzić to nic się nie stało. Ok pomyślałam może ma rację, jeszcze poszliśmy na piwo, dokończyliśmy winem, o 5 rano obudził mnie ból. Wzięłam proszka, poszłam dalej spać. Rano ledwo mogłam chodzić, znajomi znajomych wzięli mnie samochodem po drodze do Monachium i wysadzili koło metra. Tzn 400 metrów od metra. To była masakra. Zajęło mi może godzinę dotarcie do stacji, przez ulicę nie mogłam przejść na jednej zmianie świateł :D

Potem na pogotowie. Na pogotowiu (po paru godzinach czekania) lekarz powyginał nogę, powiedział że więzadła są ok, faktycznie noga spuchnięta bardzo nie była, żadnych siniaków czy krwiaków, zrobili prześwietlenie, nic nie złamane, lekarz kazał mi iść do domu i trzymać nogę w górze. Jak będzie dłużej niż tydzień się utrzymywać to pójść do ortopedy. Ok..

Po paru dniach ból faktycznie zmalał, opuchlizna może nie, ale i tak nie była duża więc to przeszłam nad tym do porządku dziennego. W ciągu następnego miesiąca parę razy jak ściągałam spodnie na jednej nodze to mnie coś zabolało dziwnie, jakby noga się wygięła do zewnątrz, ale że potem nie bolało to za każdym razem o tym zapominałam. Po około miesiącu stwierdziłam że pora wrócić na siłownię i poszłam na step. Przy pierwszym zeskoczeniu ze schodka, zamiast na nogach wylądowałam na podłodze, nie mogąc złapać tchu. Tzn byłam na nogach, ale może tylko przez pół sekundy. Noga się znowu wygięła, tylko mocniej. Tym razem bolało i potem, i noga spuchła dość wyraźnie. Znowu dopadła mnie panika, że widocznie lekarz wystawił błędną diagnozę, i znowu całe wakacje i szpital stanęły mi przed oczami.

No i poszłam do ortopedy. Ortopeda powyginał kolano, ale zrobił jedno wygięcie więcej niż ten poprzedni lekarz (zgiął nogę w kolanie i ciągnął tą część nogi co była z przodu na zewnątrz). I mówi że jak wg niego to coś jest zerwane lub naderwane, ale trzeba zrobić rezonans. No i wynik uszkodzona łękotka i zerwane ACL. Skierował mnie do chirurga.

Operacja


O dziwo chirurg który zaproponował operację, po moich wyczerpujących pytaniach w stylu "a co będzie jak", stwierdził że nie ma problemu jeśli nie chcę operacji, że nikt mnie nie zmusza, że mam na decyzję 6 miesięcy od wypadku (tyle maksymalnie można czekać z ACL bez uszczerbku dla wyniku, na łękotkę i tak już było za późno) i jeśli się namyślę to mogę w każdej chwili przyjść (to "w każdej chwili" to niezły plus mieszkania w Niemczech chyba;)). No a ja na to że chcę operację i to tak szybko jak się da.

Noga się od początku zginała prawie tak jak ta zdrowa, spuchnięta bardzo nie była, więc stwierdzili że faktycznie operację można robić już, nawet bez żadnej rehabilitacji przed. Ustalili mi pierwszy wolny termin, za 2 tygodnie. Operacja robiona metodą wyciągania czegoś z uda i wpinania tego metalowymi zaczepami w kości w kolanie, tak żeby "szło" mniej więcej tak jak poprzednie więzadło.

Po operacji ból nie był tragiczny, tzn no bolało wiadomo, ale byłam w stanie czytać książkę na przykład. Udo bolało w takim stopniu jakbym miała tam olbrzymiego siniaka (trochę z tyłu więc nie widziałam), szczerze mówiąc nawet myślałam że może im spadłam ze stołu czy coś w międzyczasie, póki mi ktoś nie powiedział że stamtąd było coś pobierane, i dlatego boli :P. Miałam założony sączek w kolanie i butelkę z krwią obok łóżka. To było obrzydliwe, na szczęście sączek był dość dokładnie przybandażowany do nogi, więc się nie ruszał w ciele. Po może 5 godzinach od operacji przyszła pielęgniarka i kazała mi ruszać stopami, do góry i do dołu, co godzinę, żeby krew krążyła. To bolało trochę, ale dobrze mieć kogoś kto powie że mogę to robić, a nawet powinnam, mimo bólu. Z łóżka tego dnia nie wstałam, doświadczyłam za to jak to jest sikać do basenu. Bardzo ciężko się skupić, bo człowiek się czuje całkiem inaczej niż na toalecie:P

Następnego dnia pielęgniarka zmieniła bandaże, i wyszarpnęła sączek z nogi - kazała mi liczyć do 13 i gdzieś między "jeden" i "dwa" szybkim ruchem wyciągnęła rurkę. Bardzo bolesne i jednocześnie obrzydliwe uczucie, sama nie wiem czy bardziej bolesne czy obrzydliwe.. to chyba była najgorsza chwila z tej całej przygody:P Pozwoliła mi też skorzystać z toalety samodzielnie, przez usadowienie mnie na wózku, zawiezieniu do toalety, i upewnieniu się że sama usiądę (wciąż miałam 1 nogę sprawną). Pytała się też co chwilę czy mi się nie kręci w głowie,  a ja sobie myślałam że no kurde bez przesady. Po paru sekundach na kiblu poczułam jak krew odpływa mi z twarzy i z głowy, i w zasadzie byłam tylko w stanie się trochę ogarnąć i odpowiedzieć na pytanie że tak, kręci się.. pamiętam że jak mnie wiozła z powrotem do łóżka to moje nogi się wlokły po ziemi. Fajne uczucie, jakby to nie były moje nogi :D

Następnie, tego samego dnia, przyszła fizjoterapeutka z kulami, i mówi że się będziemy uczyć chodzić. Nauczyła mnie chodzić o kulach na tyle że mogłam już sama iść do łazienki. Przerobiłyśmy też wchodzenie i schodzenie po schodach. Jest to o wiele prostsze niż się wydaje! Kazała mi też zginać i prostować nogę w kolanie leżąc w łóżku. Raz nawet niechcący stanęłam na operowaną nogę wstając z łóżka, zapomniałam kompletnie że była operowana, ale nic mnie nie bolało, tylko jakoś tak dziwnie nienaturalnie się czułam, zanim w panice nie przeniosłam ciężaru ciała na drugą nogę.

Sam pobyt w szpitalu był jak zwykle strasznie chaotyczny, i ciężko było się czegokolwiek dowiedzieć. Dopiero drugiego dnia po operacji udało mi się dowiedzieć co właściwie zostało zoperowane. Lekarz powiedział że operacja poszła bardzo szybko, wszystko zgodnie z planem, tylko łękotki nie tykał bo sprawdził że w sumie nie była tak mocno pęknięta jak wyglądało na rezonansie i jest wciąż wystarczająco stabilna.

Trzeciego dnia wypisali mnie ze szpitala. Do domu dotarłam taksówką, na tylnym siedzeniu, z wyprostowaną nogą. No i wolne od pracy :D Po 5 dniach przestałam brać środki przeciwbólowe, po 14 dniach zdjęcie szwów, po 18 dniach (wczoraj) odrzuciłam kule - tylko stabilizator. Fizjoterapię zaczęłam tydzień po operacji, bo jak się okazało dość trudno było coś znaleźć w tak krótkim terminie (a przed operacją mówili że nie mogą wypisać skierowania, a bez skierowania nie można ustalić terminu - taka to niemiecka logika.. trzeba było na słodkie oczy prosić a nie słuchać jakie są procedury).

Trzeci tydzień


Dziś jest 19 dzień i właśnie próbowałam ćwiczyć Chodakowską, przeplataną z ćwiczeniami z fizjoterapii. Tzn. starałam się znaleźć coś bez kolan, albo jeśli to jest coś co zawiera ruchy rękami to robić te ćwiczenia na siedząco. Plus dużo brzuszków (nogi zgięte na ziemi i nieruchomo). Grunt, że się spociłam :) Noga nie boli, trochę mniej spuchnięta, trzymanie jej w górze i zimne okłady pomogły najwięcej na opuchliznę (mimo że w szpitalu powiedzieli mi żeby nie robić ani jednego ani drugiego - co lekarz to inna opinia).

Fizjoterapię mam 2 godziny w tygodniu po 30 minut. Wydaje mi się to trochę niedużo, ale podobno tak ma być. W domu mam ćwiczyć po 15 minut 3 razy dziennie, albo po 15 powtórzeń 3 ćwiczeń - ciągle mnie to martwi, bo 15 powtórzeń po 3 razy zajmuje jakieś 4 minuty a nie 15. Fizjoterapeutki zdają się nie widzieć tej rozbieżności. Kiedy pytam o konkrety każą mi "słuchać swojego ciała" i nie ćwiczyć za dużo. Jak czytam w internecie że ludzie ćwiczą po parę godzin dziennie, to sama nie wiem co o tym myśleć..

Jedno mnie tylko martwi, że jak chodzę i lewą nogę mam z tyłu i chcę się nią odepchnąć do przodu, to czasem czuję jakby się wyginało kolano do tyłu zbyt mocno - czyli dokładnie to co się działo przed operacją. Naprawdę mam nadzieję że to tylko kwestia wyrobienia mięśni..

Koniec 3go tygodnia


Po 3 dniach chodzenia mniej więcej 400-700 metrów dziennie bez kul, stwierdzam że może faktycznie nie był to najlepszy pomysł. Drugiego dnia okazało się że mam ogromne zakwasy w łydce lewej nogi - czyli nawet tak mały wydawać by się mogło wysiłek jest ogromnym wysiłkiem dla mięśni, po tygodniu ich nieużywania. W dodatku kolano zaczęło trochę boleć, jakby w kościach. Nie wiem czy to jest związane z chodzeniem, czy coś się w środku goi może. Staram się mniej chodzić ale wciąż zginać kolano i trochę ćwiczyć, zaczęłam też brać Ibuprom na wszelki wypadek - w końcu ma też działanie przeciwzapalne..

5ty tydzień


Jak się okazało nic złego z kolanem się nie stało od chodzenia. Uciekające kolano to tylko mi się wydawało, lekarz sprawdził że więzadło trzyma, i faktycznie to czułam jak szarpnął (delikatnie oczywiście). Fizjoterapeutka poradziła mi żebym zawsze nosiła kule ze sobą jeśli gdzieś dalej się wybieram, na wszelki wypadek. I tak do końca 4-go tygodnia chodziłam z kulami, chociaż denerwowały mnie one bardzo. Na szczęście teraz już chodzę bez (tylko stabilizator, ale i on mnie już denerwuje:P), od tego tygodnia się zaczął drugi okres fizjoterapii gdzie mam ćwiczenia na lekko ugiętych kolanach, i nie mam już masażu kolana (szkoda). Nie mogę się powstrzymać czasem żeby po schodach nie wchodzić normalnie, kilka razy z rozpędu myślę że z 1 schodek weszłam chorą nogą.. myślę że jeszcze mi nie wolno, bo mam uginać kolano nie więcej niż 80 stopni..

Od kiedy zaczęłam więcej chodzić i ćwiczyć z ugiętymi kolanami, kolano dość mocno reaguje - zaczyna boleć w dziwnych miejscach, puchnie, i jest gorące.. czasem czuję się jakbym była zdrowa i zapominam że coś mam z nogą a czasem mam tylko ochotę leżeć i o niej nie myśleć. Fizjoterapeutka powiedziała że takie efekty mogą trwać i rok :(.

Co mnie jeszcze denerwuje to to że na fizjoterapii powiedziano mi że mam spać w ortezie. Nie cierpię tego i tego nie robię. Nie mogę zasnąć z takim wielkim plastikowym i metalowym i zimnym czymś na nodze. Staram się w nocy nie ruszać ale średnio mi to wychodzi, czasem kolano po nocy boli jak po chodzeniu w dzień. Powiedziałam na fizjoterapii że nie mogę z tym spać, nie reagowali bardzo źle więc myślę że będzie ok.. :)

W tym momencie ćwiczę 3 razy dziennie (w teorii, w praktyce 2 razy) po 15 minut.. tylko dodaję nowe ćwiczenia, a stare zostają.. więc tak wychodzi coraz więcej z czasem.. :)

Wczoraj byłam pierwszy dzień w pracy, wirtualnie, dzisiaj poszłam do biura na 3 godziny.. już po przyjściu widziałam że kolano ledwo się mieści w stabilizatorze, tak spuchło.. więc tak, będzie jeszcze trochę pracy z domu..

niedziela, 11 stycznia 2015

Pobyt w niemieckim szpitalu

A więc jak to było.. po opowieściach z Polski o wysokim poziomie opieki medycznej w Niemczech inaczej to sobie wyobrażałam. Szczególnie mając jeszcze w tyle głowy fińskie podejście do spraw życia codziennego szarego obywatela.

Przyjęcie

No więc o 9 rano stawiam się zadowolona w domniemanej klinice uniwersyteckiej cieszącej się dużym uznaniem z moją złamaną ręką i skierowaniem na operację. Idę do okienka z informacją i już na dzień dobry słyszę że pan nie ma zamiaru mówić po angielsku bo skoro spytałam czy mówi po angielsku w języku niemieckim, to on się nie będzie wysilał. Kazał mi wziąć numerek. Jeszcze mało podejrzewając wzięłam numerek z maszyny, siadłam sobie i tak sobie myślę: w zasadzie to nie wiem za czym ta kolejka. W zasadzie to są cztery stanowiska a pani tylko w jednym. W sumie ludzie wyglądają na mocno już wkurzonych i tych ludzi czeka dość sporo. A mnie ręka nap...dala. Więc idę raz jeszcze do miłego pana z informacji, i mówię że w sumie to mi się trochę spieszy bo mam złamaną rękę, i miałam się zgłosić na operację..
- aaaa, no to widzi pani, to my się żeśmy nie zrozumieli (no ciężko, skoro mnie spławił w trymiga). No bo klinika operacji dłoni to jest całkiem inny budynek, musi pani wyjść stąd, potem w tamtą ulicę, ...
- zaraz, ale w zasadzie to złamanie to nie dłoni, tylko nadgarstka, to też się kwalifikuje? - mówię niemieckim pół na pół z angielskim
- złamanie czego?!
- no tutaj (pokazuję)
- no to czemu pani mówi że dłoń! to jak nie dłoń to tu czekać!
- a ile tutaj muszę czekać, bo ja bym chciała wiedzieć jak najszybciej czy tu mnie mogą zoperować..
- no tego to pani nie powiem, skąd mam wiedzieć?! proszę wziąć numerek.
- no ale ta kolejka to jest już do lekarza czy potem jak tutaj odstoję dwie godziny to będę musiała czekać w następnej kolejce kolejne dwie godziny?
- no do lekarza musi pani też czekać a co pani myślała?!
- aha, dobrze, bo mi chodzi o to że skoro tutaj muszę tyle czekać, to może lepiej żebym poszła do innego szpitala, bo mi trochę zależy na czasie.
- a to niech pani idzie!
- a no to pójdę!

Pi...olę uznaną klinikę. Jadę do szpitala nieopodal mnie, bo wiem że już raz udało mi się tam zrobić prześwietlenie, i zajęło to nie więcej niż pół dnia. Więc tragicznie może nie będzie. Podchodzę do rejestracji, i mówię że mam złamaną rękę.
- no i?
- no i powiedziano mi że potrzebuję operacji.
- no.. a czemu tutaj?
..no ręce opadają. Nie wiem, może dlatego że to jest szpital? Tak mi się jakoś skojarzyło.

Pani zawołała inną panią, coś pogadały, wzięły zdjęcie rentgenowskie które przyniosłam od poprzedniego lekarza, i kazały mi czekać. Kolejne minuty, godziny gapienia się w ścianę, a ja myślałam że o tej porze już będę operowana. "Raz dwa w każdym szpitalu w Monachium to pani zoperują", powiedział lekarz z górskiej pipidówy. Zaczęłam żałować że nie zostałam w tamtym szpitalu, choćby odcięta od świata.

Pani wróciła i oznajmiła że ręka jest złamana i trzeba ją operować. "Super, to wreszcie jesteśmy na tej samej stronie", myślę.
- Czy może pani przyjść w piątek?
Czyli że co, że za trzy dni? Że mam siedzieć z rozgruchotanym nadgarstkiem trzy dni w domu? No ale dobra lepsze to niż nic. Potrzymały mnie tam jeszcze jakieś 2 godziny, każąc czekać na któż to wie co, po czym wysłały do lekarza rodzinnego po zwolnienie lekarskie, bo na operację jest potrzebne. A szpital nie wypisuje. Badania krwi szpital też nie robi.

Na sali

Siódma rano. Wyglądało to dość przerażająco: dwa łóżka w pokoju, pokój jak w jakimś hotelu, stoliczek i krzesła, i lampka do czytania, osobna toaleta z prysznicem - przeraziłam się że będę musiała za to dodatkowo płacić. Ale nie, polska akurat pielęgniarka mnie uspokoiła że to jest taka normalna sala. Łóżko szerokie na 120cm, z pilotem do regulacji przeróżnych kątów nachylenia, mały telewizorek dołączony do łóżka z internetem (niestety na kartę), radiem i durnymi grami. Słuchawki jednorazowe do radia. Dwie butelki wody mineralnej. Guzik do wzywania pielęgniarki. Pielęgniarka powiedziała, wbrew temu co mówił lekarz, że do domu mnie wypiszą tego samego dnia, a nie następnego jak myślałam. Ok, zdrzemnę się myślę..

Ze snu budzi mnie pielęgniarka, z jakąś tabletką i szklanką wody, i każe mi się przebierać. "Proszę się szykować na operację" mówi, a ja się pytam czemu tak wcześnie, że miała być o 13, a ona na to "a czemu nie, jak mają czas". No to czemu nie. Wróciłam z łazienki przebrana (a raczej bardziej rozebrana, w samej koszuli tylko) i stoję i patrzę na nią, a ona patrzy na mnie.
- No proszę się kłaść!
- Ale miałyśmy iść na operację..
- No z łóżkiem jedziemy
Okej.. tym się zaskoczyłam. Przewieźli mnie na drugi koniec budynku. Coś tam się lekarz pytał która to ręka, świetne pytanie na 10 minut przed operacją. Chyba z dziesiąty raz spytali mnie czy jestem na coś uczulona. Już byłam bliska uwierzenia że może na coś uczulona jednak jestem, tylko na co. Proszę oddychać głęboko.. nosz i kurde ktoś mnie budzi. Coś się pytają. Znowu śpię. Znowu coś gadają. Nie dadzą kurde pospać, co za nieczułe istoty.

Znowu leżę na sali. A raczej swoim pokoju, salą ciężko to nazwać. Ku mojemu zaskoczeniu ręka nie boli aż tak. Ma się wrażenie że jest taka mało stabilna w swoim nieboleniu, ale przy dobrym ustawieniu nie boli. Czekam na kolację. Miała być o piątej. Wpół do szóstej kolejne zaskoczenie - mała miseczka zupy i dwa sucharki. I to wszystko, po dniu głodówki. Przychodzi znowu inny jeszcze lekarz i mówi że słyszał że chcę dzisiaj wyjść i dlaczego. Ja mówię że nie to że chcę ale mi tak powiedziano, że mam iść do domu po kolacji, a on że nie, że nie wie kto mi to powiedział ale że powinnam zostać. To ok, pytam się czy będzie jakieś jedzenie, on że nie, ale może coś wymyśli. Za 10 minut pielęgniarka przynosi kaszę jaglaną z plasterkiem pomidora, pani obok wymiotuje, a ja się zajadam.

Rano czekam na wypisanie. Czekam i czekam ale lekarz nie przychodzi. Przysypiam tak od czasu do czasu, o 11:30 przychodzi pielęgniarka i mówi że czy skoro ja już idę do domu to że nie potrzebuję już łóżka. No zadowolona mówię "nie" i się szykuję do wyjścia, i pytam gdzie mam iść, a ona że nigdzie, że mam na lekarza czekać. Ona tylko po łóżko przyszła. Próbowała też zabrać łóżko drugiej pani co ze mną leżała ale tamta jej wytłumaczyła że po operacji na przepuklinę jednak nie bardzo może siedzieć. W końcu pielęgniarka odpuściła.

Przynieśli obiad. Lekarz od kilku godzin już "zaraz będzie". W końcu przychodzi  lekarz, wpół do pierwszej, i daje mi jakiś liścik, i mówi że mogę iść. Pytam co ze zmianą gipsu i opatrunku bo wczoraj inny lekarz mówił że lepiej żebym została ze względu na to że rano będą zmieniać opatrunek, a ten zdziwiony mówi że nigdy tak się nie robi, że mam termin za kilka dni. Ok, nic mnie już nie zaskoczy. W ostatniej chwili przypominam sobie o nieszczęsnym zwolnieniu z pracy które ponoć było potrzebne do operacji i daję je lekarzowi, a on mówi "nie, tego nam nie potrzeba", a po chwili namysłu "a w zasadzie to wezmę".

Wreszcie wolność!

Nigdy się bym nie spodziewała że Niemcy są tak niezorganizowani. Standardy pomieszczeń i sprzętu w szpitalu były wysokie, ale burdel taki sam jak w Polsce ;)