Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 lutego 2013

mój matrix

a jednak wszystko to matrix

już wiem dlaczego alkohol pomaga ludziom. alkohol wyłącza myślenie i wyższe funkcje mózgowe. empatię, samokontrolę i abstrakcyjne myślenie. ludzie są szczęśliwsi gdy myślą jak zwierzęta! są szczęśliwsi gdy są upośledzeni. gdy nie myślą. dlaczego w drodze ewolucji wykształciliśmy wyższe funkcje myślowe, mimo że powodują one złe samopoczucie? widać złe samopoczucie nie jest  istotne dla przetrwania. a może nawet pozytywne? ha? wyższość interesu ogółu nad interesem jednostki. niby żyjemy wszyscy we własnym matrixie a jednak istnieje jakaś kolektywna miara przydatności jednostki dla ogółu.

denerwujesz się martwisz się na kimś ci zależy za kimś tęsknisz ktoś cię rani ktoś daje ci nadzieję komuś przebaczać o kimś myślisz masz nadzieję zastanawiasz się próbujesz prosisz o przebaczenie na kogoś czekać komuś pomagasz

a potem się okazuje

że to wszystko było tylko w twojej głowie. że tak naprawdę nie ma NIKOGO. tylko ty i twój matrix. jak astronauta patrzący na Ziemię z kosmosu. potrafisz sobie wyobrazić tą samotność? bo ja potrafię. i innej rzeczywistości już chyba nie ma.

niedziela, 23 grudnia 2012

. * . + * + .

Ale przecież tu nie ma miłości. Tutaj w tym świecie, to się nie zdarza. Skąd do cholery tyle szajsu w tych komediach romantycznych? Skąd to się bierze? Przecież nikt inny tak nie myśli. To się nie zdarza. I to mi się nigdy nie zdarzy.

Dziwny stan wzruszenia. Przypomina bardzo dzień ze środka września. Płaczę bo wiem jak mogłoby życie wyglądać. Płaczę z uznania, z wrażenia, i z pustki, i z tego kontrastu. Po prostu piękne, piękne dzieło sztuki, wspaniała rzeźba jeszcze powiem, jeszcze spojrzę raz ostatni zanim ją wywalę - bo zwyczajnie miejsca w chałupie nie mam. Bo zwyczajnie nie pasuje do brudnych garów i bajzlu na podłodze, skrzypiących drzwi i dziurawych framug.

Muszę zebrać drewno, zima się zbliża. Tak żeby wystarczyło. Żeby nie zamarznąć. Okna dziurawe, wiatr hula, nie mam nikogo do pomocy. Nie ma nikogo w promieniu 10 km. Jestem zdana tylko na siebie. A natura nie ma litości. Ostatnie chwile przed zmrokiem.

Zanim jeszcze cię spotkam, zanim się przytulę, już przygotuję taką foliową blaszkę między nas. Żeby nic nie było naprawdę. Żeby przypadkiem nie uwierzyć. Żeby przypadkiem nie poczuć. Czegoś. Żeby zostać po swojej stronie. Żeby nie oczekiwać. Żeby nie czekać. Nienawidzę czekać. Nienawidzę się rozczarowywać. Dlatego boli jeszcze zanim cię stracę. Zawsze boli jeszcze przed. Nie chcę już cię więcej spotykać. Boję się ciebie. Nie wierzę już w nic. I wcale nie jest tak że mnie to nie obchodzi. Boli cholernie. Boli pustka. Skoro boli to nie jest obojętność, prawda? I za te wszelkie uczucia, tak mi wstyd..

poniedziałek, 3 grudnia 2012

To był jeden z tych błędów które musiała popełnić. Jedna z tych myśli co wraca i wraca, niestrudzenie dopóki niedosyt nie zamieni się w rozczarowanie. Cóż za zaskoczenie, dotarła do miejsca do którego zmierzała. Po raz kolejny została z niczym, z mętnym wspomnieniem jedynie ciepła, czegoś co przypominało kształtem dom. Czegoś za czym już zawsze będzie tęsknić, czegoś czego tak naprawdę nigdy nie znajdzie. Powoli, powoli zwalniała kroku, nad głową miała ciemne niebo malowane grubą warstwą szarej farby, długie ciemnozielone i mokre źdźbła trawy przylepiały się do nóg, do spódnicy, całej już zresztą wyciapanej w błocie. Nieistotne to było, nieistotne zziębnięte palce, popękane z chłodu, nieistotna niewygodna koszula, nieuczesane włosy czy łzy cieknące po policzkach. To i tak nadejdzie, już za chwilę. Czuła jak ziemia powoli usuwa się spod nóg, jak traci równowagę, jeszcze próbowała balansować ciałem, jeszcze chciała zobaczyć niebo zanim zacznie lecieć. Gdzieś jakby miało grzmieć zaraz. Jeszcze chciała spadł deszcz, żeby nie było wiadomo które to łzy a które krople, tak jak nie wiadomo już który to strach a który grzmot, gdzie rozczarowanie a gdzie zimno, żeby zdążyła rozpłynąć się sama zanim pochłonie ją uczucie pustki i żalu. Bo nie chcę mieć żalu do nikogo, myślała. Bo jestem wdzięczna za wszystko co mnie spotyka, nawet jeśli to boli. Człowiek jest kowalem swojego losu. I tylko ja jestem odpowiedzialna za to co mi się przytrafia. A ty, a ty nigdy się nie dowiesz co dla mnie znaczyłeś.

...trawa wygląda tak inaczej gdy patrzy się tuż przy ziemi. Jestem szczęśliwa  myślała. Jestem zadowolona z tego gdzie jestem. Nic ciekawego mnie nie omija. Wyrzucała swe życie do śmieci, jak coś nieistotnego, jak paragon z wczorajszych zakupów. Zbyt dumna by przyznać że potrzebuje kogoś.

czwartek, 15 listopada 2012

Spadam. Kończą się sztuczki, kończą się pomysły. Tylko tak siedzieć w bezruchu. Coś .. a może i nic. Dobrze mi tak, dobrze ze sobą. Obserwuję, automatycznie w takich chwilach zmieniam perspektywę, zaczynam przyglądać się z boku. I podoba mi się to. Ten nastrój. Kompletny bezruch, może rozczarowanie może strach, ale wszystko takie.. obojętne. Na nic nie czekam. Niczego mi nie brak. Przed niczym nie uciekam. Siedzę na łące. Siedzę w pustym pokoju po turecku na podłodze. O czym chcę porozmawiać ze sobą? Że się boję, cholernie się boję. Na świecie jest ogromnie niebezpiecznie. Jak na polu minowym, nie wiem jak to się stało że jeszcze jestem. Każdy dzień to nowe ryzyko. Zmęczona też jestem, też tą walką, tym stresem, i tym że ciągle jakoś się udaje. Nie, nie potrzebuję nikogo, nawet przed sobą się przed tym nigdy nie przyznam. Bo nie potrzebuję. To ma nazwę. To co wycieka powoli ze środka, paraliżuje, jak znieczulenie, odrętwienie. Jak bandaż zbyt ciasny co blokuje krążenie. Jak zasypianie na mrozie. Nie mogę pozwolić temu się rozwinąć bo mnie zaleje. Potrzebuję zajęć, jeszcze więcej zajęć. Tęsknię. Ogromnie tęsknię za czasami kiedy nie było strachu, kiedy nie było niebezpiecznie. Zanim niebo spadło.

środa, 24 października 2012


spadam.. spadam, lecę do tyłu, myślałam że to potknięcie tylko, starałam się przytrzymać czegoś, ale potem gałęzie mokre wyślizgnęły się z rąk, bardzo delikatnie i spokojnie już tylko gładzę wnętrzem dłoni liście, tasiemki, wszystko umyka jeszcze całkiem wolno, jeszcze staram się nie myśleć o tym co będzie za chwilę, jeszcze staram się nacieszyć tą miękkością, spokojem i bezruchem, jakbym się tylko przechadzała alejką w parku, i nie, nie muszę patrzeć za siebie, wiem co tam jest, już niedługo znikną roślinki motylki będzie tylko mokry beton i moja studnia bez dna.

myśli kiełkują w głowie, myśli które mnie za chwilę zniszczą. jeszcze się oszukuję, jeszcze cieszę jak głupi do sera, jeszcze jedno ostatnie spojrzenie w słońce, ostatnie chwile ciepła.

muszę ułożyć sobie wszystko, poduszki, kołdrę, alkohol blisko, pożegnać się z kolegami w pracy, wyłączyć telefon. sen zimowy. nie ma mnie. przymusowa przerwa. i nie myśleć. wyłączyć myśli.

MUZYKA! muszę zabrać gitarę spowrotem, tak, to będzie to :)

poniedziałek, 23 lipca 2012

siedze sama objeta strachem zakletym w ciekawosci umarlej rezygnacje. spokojnie, kiwam sie to w przod to w tyl, probujac wysuplac dodatowe godziny, obtulic sie spokojem urojonym z tej ciszy. w smierci nadziei ta jest pociecha ze umiera tez mozliwosc rozczarowan wszelka. oddaje wszystko bez walki w ciszy obserwuje jak wala sie marzenia, pala mosty, zaprzepaszcza wszystko co kiedys sie wydawalo wazne. nie obchodzi mnie to. patrze jak plyna mysli, lata, czas. o tyle lzej. chce tylko moc kiedys wypic goraca herbate siedzac przy kaloryferze. zjesc sernik. zanurkowac w jeziorze. zaspiewac grajac na gitarze. nic wiecej nie jest wazne.

środa, 13 czerwca 2012

I w cierpliwości wytrwam w samotności.


Siedząc bez ruchu czułam jak przedziera się, przez kolejne warstwy, próbuje się dostać na powierzchnię, uczucie rozbicia i pustki. I jak bardzo wdzięczna byłam sobie, czasowi, i za te wszystkie chwile gdy nie dałam rady, bo teraz już wiem, bo teraz już umiem, stworzyć powłokę, przez którą moje myśli mnie nie zranią. A czuję jak wwiercają się od spodu, próbują stworzyć oskarżenie, beznadzieję, dramat. Patrzę na to wszystko z boku, i tak, i wiem że w gruncie rzeczy niczym jestem i nikim. I śmiać mi się chce na moje myśli na moje zwidy urojenia. Siedzę tam tak i obserwuję swój chory świat, z którego i tak nigdy się nie wydostanę. Rezygnacja. W spokoju wytrwam co najgorsze, a wiem że to dopiero nadchodzi.
 I co, powie ktoś nie przejmuj się, nawet nie wiesz kiedy życie się odmieni. Oj nie. Że co, że ktoś mnie znajdzie weźmie za rękę, wyprowadzi stąd? O nie. Nie ma takiej osoby, każdy zajęty jest swoimi sprawami a  moja osoba nie gra w tym żadnej roli. Że ktoś mógłby mnie chcieć poznać, sama bym nie chciała. Nie daję się już nabrać na bzdety. Wyrosłam ze złudzeń. Wracam do punktu wyjścia. Do zimnej polarnej krainy. Ale teraz przynajmniej mam namiot.
Moim zadaniem nie jest znalezienie kogoś. Przyjaciół, partnera. Moim zadaniem jest nauczenie się żyć samemu. Wysłali cię na militarne szkolenie żebyś umiał szybko się zabić. Na nic innego i tak nie będzie szans.

Możesz się miotać, możesz się żalić wszystkim wokół, możesz krzyczeć że to niesprawiedliwe, może nawet spróbujesz szantażować los, mówić że jeszcze trochę i się całkiem poddam - ale gdy naprawdę się poddasz, nie powiesz nic tylko weźmiesz sznur. Jest ogromna różnica między zwykłym smutkiem a moim teraz. Na zwykły smutek człowiek się nie godzi, jest jego ofiarą. Spada samolot i spada. Boimy się, mamy nadzieję. A teraz spadł. I nie, nikt nie przeżył. I tak, rozpieprzył się w drobny kurna mak. I tak, nie szukam już niczego. Nie czekam już na nic.

Całe moje zachowanie w stosunku do ludzi, całą powierzchowność mam wyuczone. Wystarczy na kilka tygodni sobie odpuścić i czuję się jak niepełnosprawna umysłowo. Nic się nie zmieniło. Bo ludzie się nie zmieniają. I nie mam dziś siły grać.

niedziela, 3 czerwca 2012

"Tyle o sobie wiemy ile nas sprawdzono" :(

W dziwny pokraczny sposób zawierała znajomości, niecierpliwie rzucając wszystko na pierwszy ogień, zabierając obcym całą frajdę z procesu poznawania się. Bez żadnych oporów opowiadała obcym o najintymniejszych szczegółach swojego życia, o ile chcieli słuchać. Tego szukała, kogoś kto będzie słuchał, kto będzie umiał ją poznać. Najlepiej i tak czuła się we własnym towarzystwie. W ciągłym poczuciu że jest inna, lepsza, ledwie zwracała uwagę na to co się działo dookoła. Kłębiące się uczucia i emocje utworzyły plątaninę stwierdzeń i urwanych zdań, pomysłów, i olśnień. W jednej chwili ktoś zostawał przyjacielem, ktoś inny kochankiem. Nie było już reguł, nie było logiki, nie było nawet sumienia. W tej ucieczce przed nadciągającą przepaścią, wyrzucała za burtę wszystko co udało się odciąć, oderwać. Nie potrzebuję niczego, myślała. Tak dostosowała swój tryb życia by łatwiej było w tym wirze wytrwać, na tej huśtawce pozytywnych i negatywnych emocji.

sobota, 26 maja 2012

"Dlaczego Finlandia"?!

Wyobraź sobie środek nocy, małe miasteczko. Widzisz ulicę, obok ulicy małe drzewa, a za tym rzędem drzew wzdłuż ulicy biegnie alejka. Po jednej stronie ulicy pagórek, po drugiej las, za którym rozciąga się jezioro. Jest ciemno, lampy oświetlają ulicę żółtym przygaszonym światłem. Beton jest jeszcze mokry po deszczu i w powietrzu czuć wilgoć parującego powietrza, jest ciepło. Jest druga nad ranem. Na niebie wolno przesuwają się najdziwniejsze kształty chmur i chmurek. Jest pusto, słychać tylko ciszę i śpiew ptaków.

Teraz wyobraź sobie że ktoś zapala światło. Światło pada pod kątem, prawie przy ziemi, jakby ktoś daleko za lasem zapalił olbrzymią latarkę. Przebija się  z trudem przez chmury które nabierają szarego i niebieskiego koloru. Trawa staje się przesadnie zielona, pnie drzew nabierają ciepłego brązowo beżowego koloru, rzucają podłużne cienie na mokry beton. Wszystko wygląda tak nienaturalnie jakby było częścią modelu, miniaturki w studiu jakiegoś projektanta. I wtedy nagły powiew wiatru który porusza liście drzew, dźwięk tych liści, jakby każdego listka z osobna, zapach sosny, deszczu, trawy, to wszystko uświadamia ci że to wszystko jest realne. I idziesz przez tą scenerię, słysząc tylko ptaki, podziwiasz każde drzewo, każde źdźbło trawy.

Teraz wyobraź sobie dzień, jest zima. Właśnie spadł nowy śnieg, ten puch, ta najlepsza część zimy. Znowu jesteś w miasteczku, i chociaż jest to miasto to śnieg wszędzie jest nowy, nie ma roztopionej solą brunatnej mazi. Śnieg jest biały, świeży. Jest na drzewach, przymarznięty do gałęzi, leży na ziemi, ubity na ulicy. Tłumi wszelki dźwięk, tak że nawet nie słyszysz własnych kroków. Wszystko jest pomalowane na biało, i w pewnym momencie przypominają ci się pocztówki z zimą, świętym mikołajem, te sielankowe widoczki które zawsze wydawały się przerysowane, jakby z innej rzeczywistości, a teraz sam taki widok masz przed oczami. I teraz ktoś przygasza światło, i zmienia jego barwę na lekko niebieskawą. Tą niebieskawą poświatą oświetlone jest wszystko naokoło. Do tego opustoszała ulica i cisza.